Odeszłam z firmy po 33 latach. Nowe życie po sześćdziesiątce

12 sierpnia 2026 // Gość

Przychodzi w życiu taki moment – zwykle po czterdziestce, kiedy zaczynamy bardziej doceniać siebie, a mniej przejmować się tym, co powiedzą inni. Badania nad neuropsychologią starzenia się pokazują, że dojrzały mózg lepiej integruje emocje z myśleniem. Im jesteśmy starsi, tym mocniej reagujemy na wewnętrzne sygnały, a nie na cudze opinie.

Gdyby Dorota Zachodny miała trzydzieści lat i ktoś zadał jej pytanie: „Naprawdę odchodzisz z pracy? I co będziesz robić?”, być może wątpliwości wzięłyby górę. Być może zastanawiałaby się, czy ma światu do zaoferowania coś więcej niż swoje zawodowe kompetencje.

Ale jesteśmy tu i teraz, a droga naszej Gościni wyglądała inaczej. Oddajemy jej głos.


Przemijanie

Był 21 października 2023 roku. Ubrana w błękitną, wieczorową sukienkę stałam z mikrofonem w jednej i kartką w drugiej ręce. Przed sobą miałam twarze współpracowników, kooperantów, rodziny, przyjaciół i znajomych. Moje wystąpienie miało otworzyć obchody trzydziestej rocznicy powstania firmy, którą w 1993 roku założyłam razem z ojcem. Brakowało dokładnie dwóch miesięcy do moich sześćdziesiątych urodzin.

Czułam się szczęśliwa, dumna i wreszcie miałam to poczucie sukcesu, którego przez całe lata tak bardzo mi brakowało. Firma nie należała do gigantów, nie robiła ogromnych obrotów, ale wtedy zrozumiałam, że sukcesem było utrzymanie się na rynku przez tyle lat, tworzenie miejsc pracy i udział w rozwoju całej branży.

Wydawało mi się, że mam wizję i plan biznesowy na kolejnych dziesięć lat. W domowym zaciszu oddawałam się nowej pasji, czyli pisałam i kończyłam jeden kurs pisarski za drugim. Pod koniec 2023 roku zaczęłam pisać swoją pierwszą powieść.

Rok 2024 upłynął mi pod hasłem restrukturyzacji spółki. Zlikwidowałam jedną z jej działalności, żeby rozbudować drugą i wreszcie stworzyć firmę z moich marzeń. Wiodło mi się dobrze. Pracowałam, podróżowałam, pisałam i pozornie niczego mi nie brakowało.

A jednak coraz częściej zaczynałam się zastanawiać, czy życie, którym żyję, marzenia, które chcę realizować, i cele, które sobie stawiam, są naprawdę moje. Chwilami czułam, jakbym żyła życiem obcej mi osoby. Wmawiałam sobie, że wątpliwości to ludzka rzecz i że są potrzebne – po to, by upewnić mnie w słuszności wybranej drogi. Miałam być silną kobietą, pewnie poruszającą się w męskim, technicznym świecie. I byłam nią. Dokładnie tak, jak przez ponad trzydzieści lat.

Wątpliwości

Rok 2025 wywrócił wszystko do góry nogami.

Najpierw ciężko zachorowała moja córka. Kiedy patrzyłam, jak ta dorosła już kobieta walczy o swoje życie i zdrowie, miałam wrażenie, że zapętlona w obowiązkach straciłam jakiś czas. Pytałam samą siebie, gdzie podziały się wszystkie te lata, kiedy była dzieckiem. Czułam niedosyt wspomnień. Żaden kontrakt, klient ani sprawa nie były ważniejsze od niej.

Szczęście się do nas uśmiechnęło – córka wróciła do pełnego zdrowia, a ja do pracy i starych obowiązków. Pozornie wszystko kręciło się tak jak dawniej. Tylko mój organizm powiedział: STOP.

Błahe zawroty głowy powtarzały się coraz częściej i coraz mocniej. Po kompleksowej diagnostyce usłyszałam, że to opóźniona reakcja na stres i że muszę spokojnie poczekać, aż uporam się z emocjami.

Kobieta w czerwonej spódnicy

Wtedy spotkałam pewną kobietę. Mieszkała w sąsiedztwie, a ja w myślach nazwałam ją „kobietą w czerwonej spódnicy”.

Zadzwoniłam do jej furtki, szukając mojej zaginionej kotki. Stałam przed domem i podziwiałam zadbany ogród i panujący wszędzie ład. Po chwili pojawiła się przede mną osoba, której każda cząstka ciała, każdy element stroju wręcz krzyczał: JESTEEEM SZCZĘŚLIWAAA!

Potem dowiedziałam się, że ta kobieta jest emerytką i w związku z tym ma masę wolnego czasu. „No tak – pomyślałam z lekką drwiną. Nie można się dziwić, że tak wygląda jej otoczenie i ona sama, skoro nie ma nic innego, lepszego do roboty.

W listopadzie, po kolejnym zasłabnięciu, trafiłam do szpitala. Okazało się, że moje problemy zdrowotne związane są z sercem. Po kilku dniach opuściłam oddział kardiologii z wszczepionym rozrusznikiem.

Cały grudzień spędziłam w domu. I coraz częściej wracałam myślami nie do mojej firmy ani do pracy, ale do kobiety w czerwonej spódnicy.

Wyścig szczurów

Prawo do emerytury miałam już od dwóch lat. Ale fakt, że dorastałam i żyłam w kulturze zwanej z angielskiego hustle culture, nie pozwalał mi na taki ruch.

Przecież wiadomo było, że pracować trzeba tak długo, jak tylko się da. Że bez pracy jesteś nikim. Że to ona definiuje twoje miejsce w świecie. I że nie rzuca się dochodowego biznesu dla wyimaginowanego lepszego życia.

Kiedy zaczęłam przebąkiwać, że najchętniej odeszłabym z pracy, zderzałam się z pytaniem: „I co ty będziesz robić?„.

Początkowo bolało mnie, że tak wiele osób widziało we mnie wyłącznie prezesa zarządu. A potem powiedziałam sobie, że wreszcie będę żyć na własnych zasadach i podjęłam decyzję.

Buduję własną historię

Od kwietnia tego roku nie mam już nic wspólnego z firmą, którą stworzyłam. Ona działa dalej, dowodzona przez mojego byłego pracownika, który po latach został wspólnikiem. Świetnie prosperuje, a ja nie czuję żalu, że nie jestem już częścią tej organizacji. Jestem dumna, że trwa i pod tym samym szyldem buduje kolejną historię.

Ja buduję swoją – w pełni świadomie, w zgodzie z samą sobą. Skończyłam pisać książkę, znalazłam wydawcę, zaczęłam pisać kolejną.

Przez przypadek trafiłam na Fundację Moc Kobiet i Sylwię Chrabałowską, która zaintrygowała mnie swoim profesjonalizmem i zaangażowaniem. Zaproponowałam jej swoją pomoc. Gdzieś głęboko poczułam, że właśnie ta Fundacja może być moim nowym miejscem. Chciałabym wykorzystać pozostały mi czas i zostawić po sobie coś więcej niż tylko wspomnienie, które uleci po latach.

Świat, w którym teraz się obracam, jest zupełnie inny od tego, w którym żyłam wcześniej. Przede wszystkim jest spokojniejszy. Pełen wrażeń, barw, zapachów i emocji. Pełen czasu potrzebnego, by dostrzec piękno i bogactwo, które przez lata umykało mojej uwadze.


O autorce

Dorota Maria Zachodny (ur. 1963) to absolwentka Wydziału Budownictwa Politechniki Wrocławskiej (1987). W latach 1993-2026 pełniła funkcję prezesa zarządu spółki DKV-Service, działającej w branży techniki okiennej, którą współtworzyła i rozwijała przez ponad trzy dekady.

Jest mamą Alicji, architektki i scenografki, oraz Michała, dziennikarza sportowego. Ukończyła liczne kursy i warsztaty pisarskie. Jej debiutancka powieść znajduje się obecnie w procesie wydawniczym.

„Bądź sobą. Świat uwielbia

 oryginały”.

Ingrid Bergman

W Fundacji Moc Kobiet wspieramy pomijanych, by stawali się widzialnymi. Tych, którzy pragną zmiany, by mieli moc ją wprowadzać. Tych, którzy mają już moc, by byli odpowiedzialni społecznie. Fundacja Moc Kobiet to ruch, który zmienia Polskę – od małych miejscowości po wielkie miasta. Bo świadomość to pierwszy krok do mocy.

Podążaj własną drogą, bez względu na wiek. Działaj w zgodzie ze sobą. A jeśli tak jak Dorota czujesz, że chcesz zrobić coś więcej, jak możesz pomóc i dołącz do nas!

Dodaj komentarz